Norovia, Rok 1949, 5 listopada
Wiedziałem co mnie czeka, kiedy wejdę do tawerny. W końcu znałem jak własną kieszeń. Pamiętałem wszystkie radosne, jak i te smutne wydarzenia, które zawsze wracały. Nie mogłem być pewien co wydarzy się w środku, którego z dawnych wrogów będę musiał w niej zobaczyć. Liczyłem na zwykły i jakże ludzki łut szczęścia, że nikt mnie w niej nie rozpozna dość długo, by podsłuchać co dzieje się w mieście. Czy poza jego granicami. Moje przebranie powinno pomóc, dobrze ukryłem się za tą stertą starych i śmierdzących ubrań. Lecz pozostawało jednak coś, co było silniejsze ode mnie. Od człowieka, który zdawać się mogło poznał już wszystko. Magia, była niczym świecąca się łuna bladego światła, otaczała wszystko i wszystkich. Jednak, gdy w jej pobliżu znajdował się mag, łuna światła jaśniała. Im potężniejszy był mag tym łuna była jaśniejsza. Jednak nie wszyscy ją dostrzegali. Wśród zła, często owa zdolność przychodziła zbyt łatwo.
– Marnotrawstwo – wycedziłem przez zaciśnięte zęby.
